Gmina Kłodzko. Nie daj Boże, aby coś się wam nagle stało, np. żeby na ulicy nogę złamać albo jakiś udar, czy atak serca - przestrzegała 8 lat temu mieszkanka Kłodzka. Okazuje się, że jej przestroga wciąż jest aktualna. Tym razem, mężczyzna, który złamał nogę w kolanie, musiał czekać na przyjazd karetki prawie 2 godziny.
To wydarzyło się 13 marca na drodze gminnej w Boguszynie o godz. 10.30. To wtedy 74-letni mieszkaniec Boguszyna jadąc rowem do sklepu przewrócił się (usterka roweru) i złamał nogę w kolanie. Pogotowie ratunkowe zostało wzywane o godz. 10:35 (rozmowa trwała 2,5 minuty).
Dyspozytor powiedział, że poszkodowanego nie wolno ruszać, aby nie pogorszyć urazu – wspomina Halina Sudnik, sąsiadka, która z mężem zaopiekowała się poszkodowanym.
Było zimno, padał deszcz. Okryliśmy sąsiada kocem i czekamy, ale karetka nie przyjeżdża –
dodaje.
O godz. 11:15 pani Halina dzwoni po raz kolejny. Słyszy, że muszą czekać, bo jest dużo wezwań i brakuje karetek
Ostatecznie karetka przyjechała do poszkodowanego rowerzysty o godz. 12.30. Trafi do szpitala, gdzie przeszedł skomplikowaną operację. Już jest w domu, ale kto wie jak zakończyłby się jego wywrotka, gdyby nie sąsiedzi. Na pogotowie ratunkowe musiał, w zimnie i na deszczu, czekać prawie dwie godziny. Dlaczego?
Od wielu lat nie ma już powiatowych dyspozytorni pogotowia ratunkowego. Zgłoszenia przyjmują dwa centra wojewódzkie we Wrocławiu i Legnicy. To tam decydują o wyjazdach karetek kłodzkiego pogotowia.
Mamy 8 zespołów wyjazdowych, w tym dwa w Kłodzku – mówi Leszek Pazdyk, szef kłodzkiego o pogotowia. Czasem się zdarza, że rzeczywiście wolnych karetek brakuje i trzeba czekać dłużej. To wynika z tego, że jesteśmy dużym powiatem, w który są góry. Moim zdaniem przydałyby się u nas dwa dodatkowe zespoły ratownicze - dodaje.
Poza tym wciąż się zdarzają nieuzasadnione wezwania pogotowia ratunkowego, które ma ratować życie, czyli interweniować w nagłych przypadkach – wypadki drogowe i zawały serca, udary, utrata przytomności. O tym też trzeba pamiętać.
112 pod psem - wstrząsająca relacja naszego Czytelnika
To się wydarzyło 23 listopada 2017 roku ok. godz. 14:30 na ul. Łukasińskiego w Kłodzku. Pan w średnim wieku upadł przed wejściem do sklepu. Ktoś zawiadomił straż miejską. Przyjechali prawie natychmiast. Pewnie nie wyglądało to dobrze, bo wezwali pogotowie. Ułożyli go na boku w pozycji ratunkowej i czekali na przyjazd karetki.
Mijały minuty, kwadranse, godzina. Około godz. 15:20 zaniepokojona, że wciąż miga alarmowe niebieskie światło na ulicy zapytałam, co się dzieje. Facet leży na betonie, jest mu zimno. Strażnik zdjął kurtkę i przykrył go.
Strażnicy wkurzeni maksymalnie poskarżyli się, że 112 odmawia przyjazdu, proponując by strażnicy sami sobie ze sprawa poradzili. Zadzwoniłam z interwencją. - Co mi pani będzie mówić, co mam robić, gdzie mam karetkę wysyłać. To straż miejska ma problem nie my – usłyszałam w słuchawce.
Ale proszę, trzeba temu człowiekowi pomóc, leży nieprzytomny od godziny, na zimnym betonie, siny, posikał się - tłumaczyłam.
- To niech go sobie załadują do samochodu i ogrzeją – poradzono mi.
Zadzwoniłam na 997. Pan policjant wysłuchał cierpliwie i zapytał z troską: a po co pani do nas dzwoni? Zadzwoń pani na pogotowie. A może do straży pożarnej - słodko zasugerował policjant.
Panie, człowiek od ponad godziny leży na mokrym, zimnym betonie, a pan mi tu o straży? Właściwie mogę zadzwonić do straży pożarnej. Czemu nie? Koniec rozmowy. Przyjechał burmistrz. Dzwonił bezskutecznie o pomoc. Zawiadomiłam starostę. Też dzwonił po pomoc.
Wreszcie po 1,5 godziny przyjechała karetka. Zsiniały pan, ponoć był chory na serce, miał kolejny atak. Czy był trzeźwy? Nie wiem. Wymagał pomocy lekarskiej.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.