Reklama

Cyryl, Metody i Franciszek

Opublikowano: ndz, 7 lip 2013 17:20
Autor:

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Przeczytaj najnowszy felieton Mieczysława Kowalcze.

 

Było o sąsiadach z zachodu i wschodu, czas najwyższy na południowych. Tym bardziej, że jest całkiem ważny pretekst. A nawet dwa. Pierwszy: Czesi celebrują 1150 rocznicę przybycia Cyryla i Metodego do Państwa Wielkomorawskiego, np. świętowaniem w Velhradzie. Zanim o samych uroczystościach to jeszcze drobna uwaga. Sprowokowany przed kilkunastoma dniami szkodliwym, niemądrym i krzywdzącym serialem niemieckim („Nasze matki…”) gotów byłem ostro bronić opinii, że nie ma porządnych i wartościowych tego typu produkcji. Nie ma i już. Dzisiaj się z tego wycofuję. Powód? Na uroczyste obchody ww. rocznicy Czesi przygotowali ważny serial: historycznie, religijnie i politycznie. Bez kłopotu odtwarzamy mechanizmy, które doprowadziły najpierw do zaproszenia przez księcia Rościsława dwóch wybitnych mnichów, podwładnych bizantyńskiego cesarza Michała II, a później przyczyniły się do ich wyjazdu.

Wszystko, taka teza, za sprawą konfliktu wewnętrznego, czyli głębokiego sporu ze Świętopełkiem i konkurencji z królem Ludwikiem Niemcem, jak go nazywają, wschodniofrankońskim. Zagrywki polityczne widoczne jak na dłoni (może to ten dystans wieków), a włączenie religii w politykę jak w czasach nam znanych. Odgrywanie się ludzi władzy za porażki – skąd my to znamy? Zemsta w wykonaniu hierarchów Kościoła – także. Mądry pod wieloma względami serial. Do przemyślenia, nie do rozstroju nerwowego. Zrobiony na rocznicę, ale nie koturnowy, czy z zadęciem. Nie przerzuca trudnych spraw albo trudnych konsekwencji decyzji na jedną stronę. Na przykład na przeciwników. Z jednej czy drugiej strony. Święci, kuci na cztery nogi, mają trudne charaktery, wymagają jednak najpierw od siebie, a dopiero później od innych. Także od wysokich urzędników. Dobrze się ogląda mądre filmy. Nawet te z tezą. Domyka też ich tutejsze losy podsumowaniem, które ma odcienie. Bo przecież ich działalność wśród Słowian to piękne efekty, ale też ostateczne wypędzenie. Jeszcze o samych uroczystościach. Te również bez nadmiernej, jak się u nas czasem zdarza, otoczki. Z eleganckim religijnym naboženstvi, ale też z naturalnym (nieeksponowanym) udziałem prezydenta Miloša Zemana, czy w końcu z prostym wręczaniem nagród. Nagród związanych z twórczością i życiem osób inspirowanych chrześcijaństwem. Tyle.

Pretekst drugi, szerszy: czeskie uroczystości (Słowacy, niestety, cichutko wspominają obu świętych) nakładają się na fragment Ewangelii, który dzisiaj usłyszeliśmy. Jezus rozsyła, a później podsumowuje efekt pracy 72 uczniów-głosicieli Jego nauki. Misja Cyryla i Metodego łączy się prosto z Jezusową myślą i praktyką rozpowszechniania zasad wiary metodą wędrowania od miejscowości do miejscowości i funkcją głoszenia Ewangelii-Dobrej Nowiny. I co ważne w zwykłej łączności z tym, kogo i co zastaje się na miejscu. A sam odzew, przyjęcie? Tam, gdzie cię nie chcą, to czym prędzej się wynoś. Twórcy głagolicy i języka słowiańskiego wprowadzanego powoli do nabożeństw wycofali się od naszych praprzodków, bo wygnała ich polityka. Bieżąca. Dzisiaj podobnie. Polityka, jakieś bieżące korzyści wyrzucają na margines albo w ogóle poza nawias społecznego zainteresowania wiarę i jej ludzi powiada papież Franciszek. Zadajmy sobie pytanie tu i teraz: czy Cyryl i Metody zostaliby dzisiaj u nas? Wątpię. Bo za trudną mają propozycję, bo nie pasują do układu politycznego, nie wzięliby udziału w sporze między naszymi Rościsławami, Świętopełkami i Ludwikami, jak nie chcieli tego 11 wieków temu.

Papież Franciszek mówił dzisiaj o misji 72 uczniów. Dla niego to obraz naszego, indywidualnego zaangażowania. Mamy w swoich miejscach pracy, życia, aktywności prezentować wiarę, a gdy nas nie chcą, to cóż… Zajmijmy się innymi. Sam Franciszek wybiera się w pierwszą podróż, zdecydowanie lepiej napisać misję, na Lampedusę. Wyspę, która jest świetnym sprawdzianem naszej tolerancji, otwartości, dobrego serca. Wiemy dobrze, że to punkt przerzutowy wszelkiego rodzaju uciekinierów, głównie z Afryki do Włoch, czy szerzej do wolnego, bogatego świata. Jak odczytywać wybór Franciszka na taką pierwszą wizytę? Wierzymy, że to coś konkretnie zmieni? Czy aby papież nie daje nam znów konkretną wskazówkę, w którą stronę powinni zmierzać wyznawcy Jezusa? A może chce po prostu przypomnieć wartości i zachowania, które gdzieś się ostatnio w Kościele zapodziały. Czy podsumowanie i efekt jego wizyty wypadnie tak entuzjastycznie, jak w przypadku 72 uczniów, czy może bardziej jak w przypadku Cyryla i Metodego?

 

Mieczysław Kowalcze*

*O autorze

Polonista, historyk, dziennikarz, pedagog w pracy i życiu. Od wielu lat związany z Zespołem Szkół Społecznych oraz Kłodzkim Towarzystwem Oświatowym. Autor i współtwórca wydawnictw i publikacji. Działacz Klubu Otwartej Kultury. Niemożliwe jest go nie znać, taki z niego społecznik. Lubiany i szanowany przez wszystkich. Ale skromny, więc na tyle o nim wystarczy.

 

 

 

 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy