Ignacy Richter i Wojna Twierdz
Lata 1806-1807 zapisały się w historii Śląska jako dramatyczna „wojna twierdz”. Po druzgocących klęskach Fryderyka Wilhelma III pod Jeną i Auerstedt, machina wojenna Napoleona uderzyła w pruskie systemy obronne. Kolejno upadały Głogów, Wrocław i Świdnica, a teatr działań wojennych przeniósł się w surowy krajobraz Gór Sowich i Hrabstwa Kłodzkiego. W tym czasie, gdy potężne mury obronne kruszyły się pod naporem napoleońskiej artylerii, w cieniu oblężeń Kłodzka i Srebrnej Góry, rozegrała się historia, w której jedyną linią obrony stał się wiejski nauczyciel - Ignacy Richter.
Nauczyciel, który odmienił szkołę w Jugowie
Ignacy Richter nie był postacią przypadkową. Pochodził prawdopodobnie z Ludwikowic (Ludwigsdorf), a swoją pedagogiczną drogę budował cierpliwie w regionalnych szkołach, m.in. w Świerkach (Königswalde), gdzie uczył zapewne aż do 1801 r., bo wtedy jako dojrzały, 50-letni mężczyzna nominowany został nauczycielem w Jugowie (Hausdorf). Objęcie przez niego posady w tutejszej szkole było dla wsi przełomem cywilizacyjnym. Jego poprzednik na stanowisku, Kaulig, był postacią niemal groteskową - typem „Dyla Sowizdrzała”, który bardziej niż o edukację dbał o to, by po niedzielnym nabożeństwie silni chłopcy zanieśli jego basetlę do karczmy, gdzie przygrywał do tańca pijanym biesiadnikom. Richter był jego absolutnym przeciwieństwem: człowiekiem surowych zasad, niezwykle pracowitym, który z zaniedbanej placówki uczynił wzorową szkołę, a swoich uczniów uczył nie tylko czytania i rachowania, ale także nienagannych manier.
Rekwizycje, grabież, głód
Zima 1807 r. była dla mieszkańców Jugowa czasem skrajnego napięcia. Przez okolicę maszerowały oddziały pruskie, a w pobliskiej Nowej Rudzie wojska Związku Reńskiego narzucały mieszkańcom mordercze kontrybucje, żądając tysięcy bochenków chleba i setek sztuk żywego inwentarza.
Daninę alkoholu przeliczano zaś na wiadra. Żołnierze wroga i ich konie żywili się wszystkim, co mogli znaleźć we wsiach i miastach. Jeśli kury i gęsi były skrywane w domostwach, aby zapobiec ich schwytaniu, żołnierze wkraczali i zabierali je siłą. Podobny los czekał świnie i krowy, a także zboże i słomę ze stodół. Gdy rozlegał się dźwięk bębnów i trąb, bezradni mieszkańcy okolicznych wsi rozbiegali się do swoich domów i obejść.
W powietrzu gęstniało widmo grabieży, której symbolem stała się historia babki Völkel z Bożkowa (Eckersdorf), której Bawarczycy na jej oczach zaszlachtowali ostatnią krowę, zupełnie nie zważając na jej błagania.
Nadchodzą wrogie wojska
Kluczowy moment nadszedł w poniedziałek, 9 lutego 1807 r. Szkoła liczyła niespełna 100 uczniów, ale tego dnia jednak wielu brakowało. Niespodziewanie do szkoły wbiegł przerażony uczeń, Johann Fischer z Oberbergu.
Wpadł do środka, zdyszany, z rumieńcem na twarzy, podniecony, wyrzucił z siebie to, co już widział i słyszał o wrogich żołnierzach. Kilka małych dziewczynek zaczęło płakać i chciało biec do domu. Wiadomość, którą dostarczył posłaniec, dla wielu oznaczała wyrok: wrogie wojska przekroczyły przełęcze i schodzą prosto do wsi. Richter, wykazując się niezwykłą trzeźwością umysłu, nie pozwolił dzieciom wpaść w panikę i dodawał im otuchy. Wyprowadził je na drogę w górnej części miejscowości, wychodząc naprzeciw nadciągającego wroga, i ustawił w trzy rzędy, nakazując im wznosić błagalne gesty. Miał nadzieję znaleźć współczucie wśród ludzi mówiących wszak tym samym językiem.
„Zlituj się proszę nad dziećmi”
Kiedy nadciągnęły pierwsze regimenty, Richter stanął twarzą w twarz z generałem (identyfikowanym jako wirtemberski generał Schröder*). Wykorzystując swój autorytet, wygłosił płomienną prośbę o oszczędzenie „jedynego bogactwa gminy” – głodnych dzieci. Bo wieś, w której prawie we wszystkich krytych strzechą domkach mieszkali bladzi mężczyźni, siedzący za krosnami i rzucający czółenkiem tam i z powrotem, już i tak miała jedynie puste stajnie i splądrowane stodoły.
Efekt był zdumiewający. Generał, poruszony tym widokiem, wydał surowy rozkaz: każdemu żołnierzowi, który dopuści się grabieży w Hausdorfie, groziło rozstrzelanie. Dzień, który miał być tragedią, zakończył się koncertem pułkowej orkiestry i żołnierzami dzielącymi się prowiantem z dziećmi.
Cichy bohater sekowany przez proboszcza
Mimo uratowania wsi przed losem spustoszonej Nowej Rudy, życie Richtera nie było sielanką. Dokumenty z epoki, w tym relacje w „Schlesische Provinzialblätter”, wspominają o głębokim i bolesnym konflikcie nauczyciela z miejscowym proboszczem. Duchowny, opisywany jako człowiek surowy, stosował wobec Richtera „twarde uciski”. Po śmierci Körniga Richter ze łzami w oczach skarżył się reporterowi gazety na to traktowanie. Nie było to zresztą nic zaskakującego, zważywszy na inne skargi na proboszcza. Richter pozostał cichym bohaterem, który za swój czyn nie otrzymał oficjalnych podziękowań, a jedynie wdzięczność swoich uczniów i ich rodzin.
Dzielny czyn na pokrzepienie
„Wojna twierdz” zakończyła się dla Prus upokarzającym pokojem w Tylży, utratą połowy terytoriów i ogromnymi długami, które doprowadziły lokalną szlachtę, w tym Friedricha Stillfrieda, właściciela majątku w Hausdorf, niemal do bankructwa. Jednak historie takie jak ta o Ignacym Richterze pełniły w powojennych latach kluczową rolę. W epoce narodowego upokorzenia relacje o „dzielnym czynie” (beherzte Tat) wiejskiego nauczyciela miały pokrzepiać obywateli. Dowodziły one, że nawet w obliczu totalnej porażki państwa i armii, jednostka zachowująca godność i odwagę cywilną jest w stanie przeciwstawić się nieszczęściu. Richter stał się symbolem pruskiej cnoty i humanistycznego oporu, przypominając mieszkańcom Śląska, że siła ducha bywa trwalsza niż mury najpotężniejszych twierdz.
Paweł Dec
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.